Dlaczego biegam

PK bieg1Za dwa dni maratończycy wystartują w największej tego typu imprezie w Polsce – Maratonie Warszawskim. W zeszłym roku zadebiutował w nim nasz dyrektor departamentu franczyz – Piotr Kerner. Poprosiliśmy go, aby napisał kilka słów o wrażeniach do naszego wewnętrznego komunikatora. Obiecał, że to zrobi. Zajęło mu to zaledwie rok :), ale nie będziemy się czepiać szczegółów. Ważne, że relacja jest. Zdecydowaliśmy się pokazać ją także na otwartym blogu, bo Piotr jest żywym przykładem na to, że odpowiednia motywacja, trening i pozytywne myślenie pozwala naprawdę osiągać wymarzone cele – nie tylko w sporcie. Ponadto nie samymi nieruchomościami żyje człowiek. Warto czasem poczytać o pozazawodowych pasjach naszych ludzi. Oddajmy zatem głos Piotrowi. 

Prowadząc szkolenia dla managerów i agentów bardzo często nawiązuję do przykładów pokazujących, że wiedza i umiejętności, które nabywają podczas szkoleń prowadzanych przez trenerów Metrohouse mają zastosowanie, także w działalności pozazawodowej. Mówię także, że wykonując wolny zawód niezbędna jest przestrzeń, dzięki której będziemy mogli naładować akumulatory do codziennej walki o pieniądze. Dla mnie ta przestrzenią od pewnego czasu jest bieganie. Przez kilkanaście lat uprawiałem amatorski futbol na najbardziej zawodowym poziomie jaki można osiągnąć amatorsko. Dwanaście lat temu stworzyłem nawet swoją drużynę, która zresztą działa do dzisiaj. Niestety musiałem zrezygnować z piłki, bowiem pozycja na której grałem (bramkarz) wymaga kociej zwinności, a o tą w wieku 48 lat raczej ciężko :) Dużo też strzelam z pistoletu. Uprawiam bardzo dynamiczną dyscyplinę (IPSC), która wymaga nieustannego rozwoju umiejętności fizycznych, ale też mentalnych. Zatem przynajmniej raz w tygodniu jestem na strzelnicy warszawskiej Legii. Ale nawet przy dynamicznym strzelaniu ciężko jest dotknąć granic swoich możliwości. A ja lubię dotykać granic. Także je przekraczać :)

Zatem musiałem poszukać innej dyscypliny, która pozwoli mi na ładowanie akumulatorów. Żona namówiła mnie na biegi. Nie widziałem raczej w tym specjalnych emocji. Potrzebuję fizycznego kontaktu z przeciwnikiem, walki w bezpośrednim starciu, dynamiki i bitwy jako drużyna. Nie przypadkowo mój klub futbolowy ma w swojej nazwie przydomek „Drużyna Braci”, a na stronie cytat z Króla Henryka V Williama Shakespeare’a „Od chwili tej aż do końca świata, w pamięci ludzkiej będziemy żyć: my, wybrańców garść, drużyna braci. Kto dziś wespół ze mną krew przeleje, ten mi bratem” Jednak spróbowałem. Przebiegłem w swoim pierwszym biegu ulicznym 10 km. Sądzę, że gdyby nie żona (męska duma nie pozwoliła mi odpuścić :) , to nie dotarłbym do mety. Ale jakoś się doczłapałem. Łyknąłem bakcyla.

Bieg przez miasto, które kocham, do tego bardzo fajni ludzie, element rywalizacji. Jest OK. Co prawda rywalizacji bardziej z czasem niż o miejsce, bowiem w 10 tysięcznym tłumie miejsce ma raczej niewielkie znaczenie. Bardzo mi się podoba, że większość uczestników biegnie po coś albo dla kogoś. Mają swoje cele. I upubliczniają je uwidaczniając na koszulkach. W pamięć zapadły mi trzy panie biegnące obok siebie. Środkowa, najmłodsza, miała napis na plecach „Obok mnie biegnie moja mama i moja ciocia. Biegniemy, żeby udowodnić naszym zramolałym facetom, że damy radę”. Mocna motywacja, nie? :) Każdy kolejny bieg, to dla mnie chęć poprawienia swojego najlepszego wyniku. Podnoszenia poprzeczki. Zacząłem więc trochę trenować (a raczej biegać sobie po parku bez większego planu). Zaliczyłem kilka 10 kilometrowych biegów ulicznych w Warszawie. Ale czegoś mi w tym brakowało. Jestem tak skonstruowany, że nieustannie potrzebuje wyzwań. Dla każdego biegacza takim wyzwaniem jest maraton. Magiczne 42 km 195 m. Najbliższy był maraton Warszawski. No to fru!

PK bieg

Kiedy podzieliłem się swoim marzeniem z biegającymi znajomymi usłyszałem „Odpuść sobie! Do maratonu trzeba się przygotowywać 2-3 lata”. Ponieważ najprostszym sposobem na zachęcenie mnie do czegoś jest powiedzenie, że na pewno nie dam rady tego zrobić, to postanowiłem przygotować się do maratonu w 6 miesięcy. Żeby nie zabrakło mi motywacji upubliczniłem swój cel, opowiadając komu się tylko dało, że będę startował w maratonie. Tak na wszelki wypadek, gdybym jednak zmienił zdanie :) Zatem cel już miałem i silne postanowienie jego realizacji. Teraz potrzebny był plan. W Internecie jest bardzo dużo planów treningowych do różnych biegów. Ja wybrałem opcję treningu dla hardcorowców, czyli 4 razy w tygodniu. Plan zakładał przebiegniecie na każdym treningu 10-15 km oraz w niedziele tzw. wybieganie 25-30 km. I to jeszcze było do przełknięcia. Niestety założenia treningowe zakładały też ścisłą dietę, która mówiąc w skrócie, sprowadzała się do tego, że to co dobre należy z diety wykluczyć, a to co jest w moim rozumieniu żarciem dla kozy, trzeba jeść. I do tego, co trzy godziny z zegarkiem w ręku.

Często miałem ochotę trochę odpuścić, ominąć trening, skrócić go, czy w końcu zjeść coś normalnego. Ale znałem amerykańskie powiedzenie „ Jaki robisz kawałek, tak robisz wszystko”. Zatem każdy kawałek jechałem na 100%. Jakiekolwiek wyzwanie wymaga wyjścia ze strefy komfortu. No to wyszedłem i zacząłem trenować oraz pochłaniać te wszystkie papki z regularnością godną PKP. Przedwojennego oczywiście :) W trakcie przygotowań zaliczyłem jeszcze dwa półmaratony, żeby sprawdzić czy trening daje pożądane rezultaty. Dawał. Przyszedł dzień startu. Mój cel minimum, dobiec do mety. Maksimum, zejść poniżej 5h. Zaprzyjaźniony maratończyk udzielił mi dwóch wskazówek, które miały mnie wzmocnić psychicznie. Powiedział „Nie mogę Ci obiecać, że będziesz biegł przez cały czas, ale mogę Cię zapewnić, że jak zobaczysz metę to nawet nie wiem jak będziesz wykończony, będziesz biegł”. Dodał jeszcze „Maratończyk to nie ten, który ukończy maraton, ale ten który go przebiegnie”. Pewnie zrobił to tak na wszelki wypadek, gdybym jednak zamierzał sobie trochę pospacerować na trasie :)

Na starcie 10 tys. ludzi. Bardzo różnych. Z wyglądu zawodowców i z wyglądu takich, co wyszli na spacer z psem i postanowili się trochę przebiec. Słowem bieg uliczny. Na początku biegu niesamowita adrenalina, rzekłbym nawet euforia. Tłumy kibiców pozdrawiających, zachęcających, klaszczących. Miłe, ale powoduje kompletny brak kontroli tempa i założeń taktycznych. A były takie, żeby podczepić się pod zająca (to taki koleś z dyndającym nad głową balonikiem, który trzyma określone tempo) biegnącego na 5 h i nie odpadając od niego dobiec do mety. Ale adrenalina robi swoje i człowiek głupieje. Jestem świetnie przygotowany, czuję moc! Zatem jak idiota wyprzedzam wszystkich jak leci. No prawdziwy Heros! Odrywam się więc z wyższością od wlokących się na czas 5h. Po pewnym czasie doganiam cieniasów biegnących na 4.45, a także tych na 4.30. Czuję, ze spokojnie dobiegnę w 4 h, a kto wie może i mniej! Przy okazji nie mogę się nadziwić, mijając te grupki, jak można tak się ciągnąć chcąc dobiec do mety w zacnym czasie?! I tak sobie pomykałem słuchając wcześniej przygotowanej muzyczki, którą pracowicie wyselekcjonowałem z intencją wzmacniania moich sił na trasie. Rzeczywistość bardzo szybko zweryfikowała wyobrażenia debiutanta.

Przyszedł jakiś 35 km. Wiele czytałem o tzw. „ścianie maratończyka” czyli miejscu gdzie Twój organizm mówi „Nie, nie zrobię dalej nawet kroku. Możesz mnie zabić”. To jest właśnie ten moment kiedy możesz sprawdzić, czy masz umysł silniejszy od ciała. Czy cel, który postawiłeś sobie jest dla Ciebie wystarczająco ważny. Ważny na tyle, żeby nie odpuścić na pierwszej poważnej przeszkodzie. Dla mnie był. Dlatego napierałem dalej. Chociaż ten mój bieg był czasami wolniejszy od marszu. Ostatnie 4 km pokonałem przeklinając i płacząc. Przeklinając swoją ambicie, dzięki której uznałem, że 6 miesięcy w zupełności wystarczy do przygotowania się do takiego wysiłku, a płacząc z bólu. Bo maraton, mimo całej swojej magiczności, bardzo boli… Przynajmniej mnie. Ciało wysyła dramatyczne komunikaty od mięśni, o których istnieniu nie miałeś do tej pory pojęcia pt. „Kerner, Ty żałosny ludzki wraku, nie zrobimy już nawet jednego, najmniejszego wysiłku!” I ciężko się z nimi nie zgodzić. Ale umysł mówi Ci „Walcz cieniasie! Nie po to przebiegłeś tyle kilometrów na treningach, zjadłeś kilogramy jakiś trocin, żeby teraz odpuścić kilka kilometrów przed metą!” No to walczyłem. To znaczy wlokłem się noga za nogą. Minęły mnie „cieniasy” z balonikiem na 4.30… Później Ci z balonikiem na 4.45… Dogoniła mnie także grupa biegnąca na 5.00… Słowem widmo porażki głęboko zajrzało mi w oczy.

W takich momentach dostaje się niesamowite wsparcie od grupy. Od ludzi, z którymi biegniesz, którzy Cię mijają. Widzą, że masz dosyć. Skąd? To po prostu widać, kiedy ktoś biegnie tylko siłą woli. Widziałem ludzi, którzy dzielili się z takimi Zombie jak ja swoimi odżywkami, izotonikami, wodą. Wspierali słowem „Dasz radę!” „Nie poddawaj się!” „Jeszcze tylko kawałek!”. To bardzo pomaga. Chociaż wtedy ciężko jest nawet zmusić się do wysiłku jakiejkolwiek reakcji na taką zachętę. Jest też wsparcie od kibiców, którzy krzyczeli „Stary, jeszcze tylko 3 km”, „Piotr, jeszcze tylko 2 km„ „Piotr, jesteś wielki!” Dziwiło mnie że krzyczeli do mnie po imieniu. W tym stanie umysłu nie rozumiałem dlaczego. Czyżbym miał tylu fanów :) ?! Nie miałem. Po prostu nasze imiona były napisane na numerach startowych. Dlatego zawsze podkreślam na szkoleniach, że niezwykle istotne jest środowisko w którym walczysz o swój cel. Jego wsparcie jest bezcenne. A szczególnie w momentach zwątpienia. Meta tego maratonu była na Stadionie Narodowym. Kiedy jego maszty wyłoniły się zza zakrętu miałem jeszcze 2 km do mety i zero siły żeby tam dobiec. Ale wiedziałem już, że dam radę. Albo przynajmniej padnę próbując, dać radę. Dobiegłem.

Kiedy wbiega się wśród wiwatujących ludzi na płytę tego stadionu (tego samego gdzie Polska reprezentacja w Euro 2012 dała haniebnie ciała) z myślą, że nie odpuściłem, nie poddałem się, nie zatrzymałem się nawet na chwilę, chociaż znalazłbym do tego mnóstwo powodów, dotyka się wtedy uczuć, których trzeba doświadczyć, bo w mojej ocenie nie da się ich opisać. Czas 4.49.13. Jak na pierwszy raz, wstydu nie ma :) Cel maksimum osiągnięty! Zatytułowałem ten tekst „Pochwała konsekwencji” ponieważ jestem przekonany, że właśnie konsekwencja jest kluczem do osiągania celów. Codzienne, uparte, konsekwentne działania, aby zrealizować swój cel. Dzienny, tygodniowy, miesięczny, życiowy.

Kiedy zaczynałem biegać, często łapałem się na tym że chciałem pomagać zawodnikom niepełnosprawnym na wózkach, widząc ich heroiczną walkę na podbiegach. Nie wiedziałem jednak czy taki się robi, czy oni tego oczekują. Zapytałem o to doświadczonego biegacza. Powiedział mi rzecz, którą warto zapamiętać: „Zanim pomożesz, spytaj. Nic na siłę. TU KAŻDY TOCZY SWOJĄ WALKĘ” Zatem zachęcam Was do codziennego toczenia i wygrywania swojej walki. Jeśli bardzo chcecie osiągnąć swoją metę, nie pogodzicie się z jej nie osiągnięciem, to dobiegniecie do niej. Gdziekolwiek by ona nie była. Bo wszystko czego do tego potrzebujecie jest w Waszej głowie.


Masz pytania? Skontaktuj się z nami lub odwiedź najbliższe biuro Metrohouse.

+48 22 626 pokaż!

Wypełnij poniższy formularz:

Czy ten wpis okazał się przydatny? Udostępnij znajomym


Wyślij wiadomość mailem

Czy ten wpis okazał się przydatny?
Wyślij znajomym!


Wyślij wiadomość mailem

Nasi klienci powiedzieli

,,Chciałbym serdecznie podziękować za pomoc i wsparcie Panom: Arturowi Zieziuli i Rafałowi Kowalskiemu - od znalezienia oferty do zamknięcia sprawy kredytem. P.S. Kontakty do Panów mam, będę polecał."

— Paweł P., Warszawa